Przyjmujemy zaproszenie Mareczka, mojego kuzyna z duszy nie krwi i udajemy się w odwiedziny do innego oblicza Państwa Środka. W planach trzy kusząco brzmiące destynacje: Hongkong, Macao i Tajpej.

Hongkong już na pierwszy rzut oka nie przypomina chińskiej metropolii. Jest zielono, czysto, nowocześnie i jak na takiego miejskiego giganta, panuje tu ład. Do tego fantastyczne położenie, morze, rzeka i wzgórza plasują to miasto na wysokiej pozycji miejsc MUST SEE.

Niestety szybko przychodzi zmrok więc dziś czeka nas tylko krótki spacer z tubylcem Mareczkiem i kolacja z pierwszą odsłoną Hongkońskiej kuchni. Pierożki są tu najważniejsze. Alkoholu niet.

Praktycznie dwa dni spędzamy na tradycyjnej włóczędze czyli korzystając z wszelkich możliwości transportu publicznego Niedźwiedź chce zaliczyć wszystkie atrakcje nie bacząc na fizyczne możliwości wątłego Królinia.

Chin Lin Nunnery to park idealny. Najchętniej ściągnęłoby się tu buty żeby nic nie pobrudzić i chodziło na palcach, żeby niczego przypadkiem nie zniszczyć.

Ogromne wieżowce i nowoczesne zabudowania kryją w swych cieniach starusie świątynie. Dopiero tu przypominam sobie, że jesteśmy przecież w Chinach.

W samym środku dżungli z drapaczy chmur znajduje się ptasia oaza – Edward Youde Aviary.

Za wyraźnym poleceniem koleżanki Jo, grasującej tu kilka miesięcy wcześniej wybieramy się na obrzydliwie drogiego drinka do klubu Ozone mieszczącego się na dachu, na 118 piętrze ekskluzywnego budynku International Commerce Center. Niestety przez pokonane dziś dziesiątki kilometrów mój sandał nie wytrzymuje tempa i postanawia zrobić mi psikusa urywając sobie kluczowy pasek. I co teraz??? Nowe buty w tym miejscu – min. 1000 dolarów. Na boso? Nie wpuszczą 🙁 Zaradny Polak musi sobie jednak poradzić w każdych okolicznościach. W tymże budynku jest i hotel o wszystko mówiącej nazwie Carlton Ritz. Udajemy się więc do recepcji sprawdzając po drodze w google translator jak brzmi po angielsku zszywacz. Okazuje się, że uroczej recepcjonistce doskonale znane jest słówko stabler. Wręcza mi z dwoma ogromnymi znakami zapytania w źrenicach to genialne biurowe urządzenie, a ja sprawnymi ruchami dokonuję reperacji butów uważając bym na stałe do nogi nie przyszyła sobie tych feralnych sandałów. 1000 hongkońskich dolarów zaoszczędzone, można wypić nawet po dwa drinki na głowę!

Zachód słońca koniecznie na Victoria Pick. Długa kolejka do kolejki wywożącej na wierzchołek.

Warto było jednak czekać. Dla takich widoków wiem po co żyję.

Po zmroku zapuszczamy się w gąszcz neonów dzielnicy Causeway Bay. Jazda piętrowym, starymi tramwajami sprawia mi ogromna frajdę. Chyba te pojazdy najbardziej przypominają, że niegdyś Hongkongiem władała Królowa Angielska.

 

Jest i obowiązkowy shopping. To miejsce jest tak bardzo kosmopolityczne i pełne otwartości, że nawet sklepy obuwnicze oferują damskie bambosze w rozmiarze 41 (pewnie z myślą o chińskich dragon queen jeśli takowe tu w ogóle istnieją)! Jakże czyni mnie szczęśliwą zakup pewnie setnej pary butów.

I jeszcze kilka słów o gastronomii. Tu można znaleźć autentyczne kuchnie z każdego zakątka świata. My oczywiście korzystając z okazji próbujemy wszelkich azjatyckich specjałów.

Kolejny dzień to wycieczka na wyspę Lantau, do starej wioski Tai O Fishing Village słynącej z drewnianych zabudowań na rzece.

Dziś akurat mieszkańcy Hongkongu mają wolne i tłumie spacerują po ogromnym parku z panującym nad nim Buddą Tian Tan.

Mają tu miejsce również liczne wydarzenia kulturalne jak śpiewy i tańce w klasztorze Po Lin. No tak, jest pierwszy maj. Po południu czas wracać ale jak? Na przystanku autobusowym uwiła się kilkaset metrowa kolejka, stania na kilka godzin. Wybieramy więc numerek najmniej popularnego autobusu i jedziemy na drugi koniec wyspy, w zupełnie przeciwnym kierunku niż Hongkong. Tam zdążymy na ostatni prom i okrężną drogą docieramy na rozświetlony kolorowymi neonami i tętniący życiem w nocy półwysep.