W drodze do Uluru poznajemy chłopaka z Tajwanu. Podróżuje jak my, z plecakiem po Australii.

Rozmowa toczy się jak zazwyczaj co nie oznacza nudno. Wręcz przeciwnie. Zawsze wytężam tak samo słuch, staram się wszystko zapamiętać i ekscytuję się jak dziecko na informację o miejscu, w którym nie byłam. Co robisz w życiu, gdzie mieszkasz i czy warto tam pojechać? „Student. Chce być kontrolerem lotu. Tajpej. Przyjeżdżajcie, miasto jest świetne.”

Mija kilka lat i jest okazja. Lecimy do Mareczka do Honghongu na tydzień i wymyślamy wspólną wycieczke, gdzie żadne z nas troje wcześniej nie było. Jest, Tajwan!!!!

Mareczek chce bo kultura i sztuka. My chemy bo tak.

Tajwan przez Chiny uznawany jest za swój. ONZ niestety twierdzi tak samo. Waluta – Dolar Tajwanski. Ludzie jacyś niechińscy, jezyk minnański. Kultura? Dla nas bliżej podziwianej przez nas Japonii.

W Tajpej lądujemy popołudniu, meldujemy sie w butikowym hotelu i szybko w miasto.

Biegiem na najwyższe wzgórze by ogarnąć miasto i ustalić plan gry. Wilgotny klimat i wieczorny nieustępujący gorąc trochę zwalniają nasze kroki na setnym schodku w parku.

Udaje się dotrzeć przed zmrokiem co niezmiernie nas cieszy.

Potem zimne piwko i kolacja. Dziś bez ekscesów, które zdarzają się prawie zawsze gdy spotykam się z Mareczkiem. Takie dusze pamiętające się z wczesnego, czasem dziwnego dzieciństwa. Widujemy się raz w roku, zawsze gdzie indziej ale przebieg spotkania powtarza się. Cieszymy się sobą i rozmawiamy, a potem włącza się nieco polska natura i kończy się ostrą dyskusją i ogromnym bólem głowy na drugi dzień. Na szczęście tym razem to już mamy za sobą i grzecznie idziemy spać.

Dziś nasz program wypełniony po brzegi. zaczynamy od Narodowego Muzeum Pałacowego. Jest tu najsłynniejsza kolekcja sztuki Chińskiej z siedmiuset tysiącami unikatowych eksponatów wywiezionych z Zakazanego Miasta. Mareczek jest zafascynowany tą kulturą więc to jego pomysł. My chętnie poszerzamy naszą wiedzę w tym temacie zachwycając się tymi cudeńkami.

Dla mnie kapusta zasługuje na No 1. Zresztą chyba nie tylko ja sobie ją upodobałam.

Dalej czekają nas wielkie kulinarne eksperymenty w starej, położonej w górach wiosce Juifen, oddalonej od stolicy o jedyne 25km. To najlepsze miejsce by poczuć i zasmakować odmienność Tajwanu. Często nie wiemy co jemy czy pijemy ale wyjścia nie ma, musimy zawierzyć naszemu przewodnikowi, który zaciaga nas do dziwnych barów byśmy spróbowali absolutnie oryginalnych przysmaków Tajpejczyków. Buszujemy po ciasnych i zatłoczonych uliczkach pełnych knajpek i straganów.

Objedzeni po tak zwaną kokardę popołudniem toczymy się spacerując u brzegów rzeki Danshui He, wpływajacej do Morza Wschodniochińskiego.  To jedno z najpopularniejszych miejsc na relaks. Jest i Lover’s Bridge po którym obowiązkowo musimy przejść.

Na szczęście skonsumowane w ciągu dnia dziwactwa nie były zbyt syte bo wieczorem odczuwamy głód i więc pośpiesznie zmierzamy na kolację.

I tu czeka na absolutna wybitność. Kuchnia japońska bardzo popularna w Tajpej. Restauracja serwuje autentyczne poprawy. Jesteśmy w siódmym niebie.

Jakby inaczej skończyć ten wieczór jak nie w barze z japońska whisky? Wystój bardzo elegancki, a my tacy nieubrani :-/

Ja popijam doskonałe drinki na bazie tego wytwornego alkohalu, a ponownie sauté.

Tajwan jest niby chiński ale ja tu czyję znaczny wpływ adorowanej przez nas Japonii. Kuchnia, trunki i zachowanie. Historia strasznie poniewierała ten naród, który wciąż nie jest niezależny. My jednak Tajpejczyków postrzegamy jako odrębną nację podziwiając ich wyspiarski kraj.