Na koniec zostawiamy sobie tylko rozrywkę. Zauroczeni kiczowatym lecz osobliwym Las Vegas płyniemy do Makau.

W ciągu dnia w planach zwiedzanie wysypy, a wieczorem oczywiście spektakl i przechadzka po kasynach.

Trzeba znów wymienić walutę, trzeci raz w czasie tej Majówki. Był Dolar Hongkondzki , Dolar Tajwański, a teraz trzeba kupić Pataca.

Makau podobne jest do Hongkongu bo niegdyś było też kolonią, a teraz również jest  Specjalnym Chińskim Regionem Administracyjnym.

Dość sporo obiecujemy sobie od tej wycieczki ale szybko ulegamy rozczarowaniu.

To co zostało po Portugalczykach wydaje się być takie bezduszne. Niby ładna architektura ale coś nie gra. Może ten upalny i wilgotny klimat? Może ludzie i ich zachowanie, nie wiemy…

Na szczęście Pasteis de nata smakują bardzo autentycznie.

Po zmroku wszystko oczywiście się zmienia. Kolorowe swiatła podkreślają niedawno wybudowane wielgachne hotele.

Wszystko jednak jest kopią z Las Vegas bez jakiejkolwiek próby zatuszowania tego. Nawet ten sam pomysł z Wenecją ukrytą pod dachem.

Przepych ogromy ale brak tu emocji. No tak, nie widać lekko lub bardzo podchmielonych turystów, świętujących jakieś swoje wydarzenia w gronie przyjaciół. Nie ma luzu, śmiechu, dziwnie ubranych osobników i głośnej muzyki w każdym stylu. Wygląda tak samo ale tylko na zdjęciach.

Kilka lat temu zakochaliśmy się w Cirque du Soleil dlatego dzisiejszym gwoździem programu ma być spektakl The house of Dancing Water. Oczywiście wszystko odbywa się w wielkiej hotelowej sali, specjalnie wybudowanej pod ten arcyspektakl.

Trochę jesteśmy rozgoryczeni Makau dlatego oczekiwania maleją. Na szczęście sztuka okazuje się bardzo widowiskowa i świetnie spędzamy czas.

W lepszym nastroju postanawiamy iść sprawdzoną ścieżką, nie szukać niczego orginanalego czyli Hard Rock, burger i margerita. A muzyka live będzie tylko wisineką na torcie.

No niestety. Okazuje się, że jak nie ma atmosfery to i trunek nie smakuje za bajońskie pieniądze i jedzenie jakieś bez przyjemności. Zresztą lokal wielki, garstka skośnookich gości, wszyscy jakby trzymali swoje emocje na wodzy i przyszli tu jak do muzeum, a nie dobrze zabawić się do knajpy.

Podążając na prom powrotny do Hongkongu wieczorową porą, jeszcze zaglądamy do kasyn. Nic nas jednak nie wciąga i odpłyniemy wcześniej niż zakładaliśmy.

Są jednak miejsca i rzeczy nie do podrobienia. I może dobrze.