Nic ostatnio nas tak nie stresowało jak odliczanie dni do urlopu. Odliczanie poległo na codziennym sprawdzaniu stronu Norweskiego Instytutu Zdrowia Publicznego i upewnianiu się, że Polska podświetla się na zielono.

Im jednak bliżej daty wylotu tym większe emocje bo masowo zaczęto nam robić testy na Covid przez co liczba zainfekowanych Polaków co dzień wyższa. Próbujemy jednak zaklinać rzeczywistość i prosić wszystkich znajomych by nie robili sobie testów do momentu, aż znajdziemy się w samolocie.

Nawet wizzair nam sprzyja bo przesunął wylot do Oslo na dzień wcześniej. O jedną dobę mniej nerwów.

Lądujemy w stolicy Norwegii w czwartek rano, nikt nas nie kontroluje, swobodnie wychodzimy z lotniska i gotowi jestesmy klękać by całować ziemię.

Udało się! Prawie po roku przerwy wyruszamy w jak zawsze wymarzoną podróż w nieznane. Bo w planach miejsce, o którym śniłam ale nigdy nie było sposobności. W cudownych latach swobody przemiaszczania lecz ciągle zbyt małej ilości urlopu i rozkoszowania się polskim latem nie składało nam się na tą destynację.

W tych dziwnych czasach ta podróż nasunęła się sama przez się. Europa, doba bez zmierzchu i nie żal lata w ogrodzie, gdyż od pół roku zmuszeni jesteśmy spędzać w nim niemalże każdy dzień.

Dotarliśmy więc do Oslo, skąd jutro podróż dalej na Północ. Do końca nie czujemy się pewni czy wszystko się uda, bo jak wpiszą dziś Polskę na czerwoną listę to czy w następnym hotelu nie zamkną nas na 10 dni kwarantanny? Jeśli tak to zbankrutujemy upijając się z żalu hiperdrogim alkoholem i wyjdziemy z izolacji prosto na lotnisko bo właśnie wypadnie data biletu powrotnego do domu.

Postanawiamy jednak zaryzykować i ruszamy w miasto by odkryć na nowo Oslo bo latem (do tej pory znamy je tylko z zimowych przesiadek gdy podążamy na lub z nart biegowych). Mamy jego obraz jako ciemne, deszczowe i uśpione miasto.

Oslo o tej porze roku jest zupenie inne niż w zimie. W końcu słychać jego tętno i to szokująco dla nas często w jezyku polskim. Nie mieliśmy pojęcia, że mieszka tu tylu rodaków o czym świadczą lecące kurwy na rusztowaniach czy taki oto mini mural.

Tego dnia kierownik wyprawy Niedźwiedź poza tradycyjną przechadzką w niewiadomo po co zabójczym tempie i dystansie, przewidział wizyty w muzeach.

Kupujemy Oslo Day Pass by w pierwszym dniu nie wydać połowy budżetu i wyruszamy promem na podbój półwyspu Bygdøy, na którym mieszczą się liczne muzea.

Na pierwszy strzał Fram, czyli statek z początku dwudziestego wieku wypraw polarnych. W naszej ocenie fenomenalne miejsce bo tematycznie dla nas istone oraz jego forma. W budynku zamknięty okręt, który oczywiście zwiedza się ale przy efektach specjalnych. Nic więcej nie napiszę by zachęcić zainteresowanych czytelników do przybycia tu.

Później muzemu łodzi wikingów. Też można się sporo dowiedzieć. Same okręty to niezłe cacka. Jest co oglądać.

Natomiast w skansenie spędzamy sporo czasu, przenosząc się w czasie oraz norweskiej przestrzeni.

Nieco zmęczeni udajemy się na drzemkę do pokoju gdyż od 4.30 jesteśmy na nogach.

Otwieram lewe zaspane oko i widzę zcieszonego Niedźwiedzia. Jest update NIPH. Polska dalej na zielono pomimo wzrostu zachorowań w kraju o kolejną setkę. Francja, Szwajcaria i Czechy na czerwono. Dlaczego nie my? To chyba dzięki wspaniałości Polaków, którzy tu licznie przybywają by remontować ten kraj. Nie piją bo alkohol okrutnie drogi, a język przekleństw kompletnie niezrozumiały.

Wieczorem mieszkańcy Oslo cieszą się piekną aurą i dlugim dniem spacerujać i celebrując lato.