Rwandyjczycy dokonali czegoś niebywałego. Myślę, że zdarzył się tu cud. Odrodzili się jako nowy naród po tragedii, z którą każdemu z nas Rwanda się kojarzy. Dokonali tego, czego nie potrafi wiele innych narodów. Wybaczyć i zakazać sobie rewanżu. Dziś nie ma Hutu czy Tutsi, są Rwandyjczycy, mówiący jak zawsze w jednym języku, z jedną kulturą i historią.
Zmartwychwstała Rwanda postawiła na rozwój kraju poprzez w pierwszej kolejności budowę infrastruktury drogowej i sieci energetycznej, dostęp do wody dla wszystkich, obowiązkową edukację czy przysługującą każdemu opiekę zdrowotną. Oczywiście noworządzący, musieli zadbać też o wpływy do budżetu stąd nasza wizyta tu czyli niemasowa i niestety bardzo droga oferta turystyczna.
Rwanda z pełną rozwagą podchodzi do swojego największego dobra narodowego, czyli przyrody. Na początku by chronić lasy deszczowe, nadano im status parków narodowych, co automatycznie oznacza zakaz dalszego wycinania lasów i ochronę zwierząt. Niestety to niesie za sobą ograniczanie ludziom produkcji żywności i tym samym przychodu. Na szczęście szybko zauważamy gdzie nasze tysiące dolarów wędrują, które trzeba było zapłacić za wstępy do parków i zakwaterowanie.
Aby okolicznej społeczności nie przyszło o głowy karczowanie lasu by założyć małe poletko, zaspakaja się m.in. z tych środków ich podstawowe potrzeby, buduje centra dystrybucji wody i szkoły.
Za każdym razem wchodząc do parku, poza niemałą wejściówką musimy opłacić przewodnika, trackerów i portera, nawet gdy nasz plecak niewiele waży. Dla dobrego tonu trzeba mu coś oddać by niósł. Czy to naciąganie turystów? Moim zdaniem nie. To ważne by jak najwięcej ludzi miało tu zatrudnienie i dostawało wynagrodzenie za swoją pracę, a nie kasę za nic. Tu nikt nie żebrze. Każdy jest uśmiechnięty i wykonuje najlepiej jak potrafi swoją robotę.
W każdym z parków czeka nas inna atrakcja.
Jak wspomniałam, nie jest tu dla nas tanio dlatego na największą atrakcję jedziemy do nieco tańszej do Ugandy.

Goryle Górskie – nasze wielkie marzenie by jest zobaczyć na wolności. Zarówno Park narodowy Volcano w Ruandzie jak i Bwindi w Ugandzie oferuje wyprawy w gąszcz lasu deszczowego by pobyć trochę bliżej tych niesamowitych stworzeń. Ale to nie wolna amerykanka, grupa może mieć 8 osób turystów, wszyscy w maseczkach by nie przenieść na nie jakiejś człowieczej zarazy. Tez zwierzaki są przyzwyczajane do człowieka gdyż codziennie trackerzy przechadzają się blisko nich by pokazać, że nie jesteśmy groźni (ha ha). Ale to działa. Goryle kompletnie nic z nas sobie nie robią, czynią swoje codzienne rytuały i czasem w zabawie turlając się czy spadając z krzaka wpadają na nas.
Spędzamy z nimi około godziny. Ja jestem zahipnotyzowana z wrażenia ich bliską obecnością. Nie powiem, samiec Alfa dość specyficznie „pachnie” więc maseczka przysługuje się również i mnie 😉

Przemierzając Rwandę widzimy kontrast między wygodnym autem w którym jedziemy, ciepłą wodą w lodgach w których zatrzymujemy się, a dzieciach idących kilometrami do szkoły w wytartych mundurkach i wyczłapanych klapkach.
Ale nikt tu nie patrzy na nas wrogo. Wszyscy się uśmiechają, dzieciaki machają. Nasz wszystko wiedzący o Rwandzie wspaniały przewodnik Nuuru przekonuje nas, że wszyscy naprawdę cieszą się z odwiedzin turystów i ich lubią. Do tego należy wspomnieć o porządku. Nie ma tu żadnych śmieci na ulicach, wszystko wokół jest zadbane, a kierowcy aut czy motorów bardzo rzadko używają klaksonów.
Na uwagę zasługują tu rowerzyści, którzy na swoich zdezelowanych pojazdach bez przerzutek wożą wszystko i wszystkich, pokonując ciągłe wzniesienia i zjazdy. To najpopularniejszy środek lokomocji ale chyba i sport (oczywiście po piłce nożnej).
Wyjeżdżając z Kigali zostajemy na 3h zatrzymani gdyż właśnie dziś odbywa się wyścig kolarski na trasie, którą akurat dziś chcemy przemierzyć.

Nie mając nic do roboty by nie siedzieć w aucie idę do salonu fryzjerskiego.
Wizyta Muzungu (a w liczbie mnogiej Bazungu) wzbudza niemałe zainteresowanie. Za równowartość 5 zł zostaję uczesana prawie jak lokaleska.
Z wielkim niedosytem zostawiamy Rwandę i żałujemy, że nie zaplanowaliśmy drugiego tygodnia by poznać wschodnią część tego zielonego i czystego kraju z uśmiechniętymi i uroczymi pod każdym względem mieszkańcami.







































































