Lądujemy na mojej upragnionej arktycznej wyspie, dokładnie w Longyearbyen, stolicy Svalbardu położonej nad Adventfjordem. Stąd tylko ok 1300km do Bieguna Północnego. Przez 4 dni będziemy tu hasać bacząc na miśki polarne. Podobno groźne bestie.

Zatrzymujemy się w klimatycznym hotelu o nazwie Base Camp.

Obowiązują zasady jak kiedyś w noclegowniach tutejszych górników, czyli po wejściu ściągamy buty.

Z tej radości bierzymy do restauracji by celebrować wakacje i brak zmierzchu.

Pierwsza atrakcja to wycieczka o kuszącej nas nazwie Arctic Challenge. O poranku wita nas niemalże bezchmurne niebo i relatywnie wysoka temperatura.

Przygdo witaj!!!

Zaczynamy od kajaków.

W grupie 4 żartownisiów z Niderlandów oraz przewodnik Janicka ze Stuttgartu, z obowiązkową tu strzelbą na miśki przepływamy na drugi brzeg fjordu.

Teraz czeka nas kilkugodzinna wspinaczka na szczyt Hiortjellet, przewyższenie ok 1000m.

Widoki zacne więc nie ma żadnego maruderstwa w moim wykonaniu.

Niedźwiedź jako rasowy samiec dotrzymuje tempa o 18 lat młodszym Holendrom.

Jesteśmy w siódmym niebie.

A Holendrzy żartują z każdego i wszystkiego. Janickowi też się obrywa i jego opłacone poczucie humoru się kończy. No nie ma łatwo choć my uważamy czwórkę młodzieniaszków, za bardzo inteligentnych i doskonale się bawimy.

Janick robi co może by okiełznać chłopaków i zaciekawić ich faktami, które trafnie ripostują. Ale przy okazji dowiadujemy się sporo o historii Longyearbyen, w której ogromne znaczenie mieli górnicy.

Dziś po górnikach zostały nadgryzione zębem czasu domy, szyby i ruiny kolejki z wagonikami oraz… węgiel, który wydobywa się dziś już tylko na potrzeby społeczności Longyearbyen.

Drugi dzień przygód to wycieczka speedboatem do miasteczka rosyjskich górników – Piramyden. Niezbyt jestem zadowolona widząc wynalazek, na który mam wsiąść.

Do tego kapitan tego dmuchanego cuda mówi, że prognozy podają prędkość wiatru 6m/s ale jego zdaniem na najgorszym odcinku o wszystko mówiącej nazwie devil dancing floor bedzie wiało 10m/s. A wiatr z Północy jest najgorszy, tak jak z Południa, Wschodu i Zachodu.

Wypływamy. Trzymam się kurczowo ale po jakimś czasie stwierdzam, że nie jest tak źle.

Mieliśmy już dużo gorsze doswiadczenia. Niestety pojawiają się coraz większe fale i zaczyna nami coraz bardziej rzucać. Skipper zatrzymuje łódź i informuje nas, że nie damy rady. Jeszcze nie jesteśmy na devil dancing floor, a już musiał bardzo zwolnić. W takim tempie dopłyniemy do Pyramiden na północ. Na pocieszenie oferuje nam zwrot kasy albo próbę dopłynięcia do pobliskiego czoła lodowca z możliwością zobaczenia morsów. Wszyscy jednogłośnie wybierają podjęcie próby. Ok, Skipper mówi, że popłyniemy wzdłuż fal i powinno być lepiej. Niestety po 10 minutach i to przestaje mieć sens. Zawracamy.

Na szczęście okazuje się, że nasz Skipper Max nie dał za wygraną i postanowił halsować o ile to pojęcie dotyczy speedboatów.

Szczęśliwie docieramy pod kurczący się lodowiec, z którego bije w nas prawdziwe lodowate powietrze.

Obserwujemy ptaki. Są i nasze ulubione, jakby przyciężkie puffiny, które strasznie muszą namachać się małymi skrzydełkami by ruszyć znad wody. Wypatrujemy jego wysokość niedźwiedza polarnego. Niestety nieskutecznie. Max wręcza nam kanapki oraz serwuje ciepłe napoje na chybotającej się łodzi.

Jest cudnie. Chwilo, trwaj wiecznie.

Chcąc nam zrekompensować brak wycieczki do Pyramiden, płyniemy jeszcze pooglądać męską grupę morsów. Panowie po spłodzeniu potomków, odłączyli się od pań by relaksować się po ciężkiej robocie na plaży. Typowe… 😉

Wydanie nam wcześniej posiłku było przemyślane. Morsy cechują się nieprzemiłym zapachem.

Czas wracać. Teraz niemalże w lini prostej do naszego fjordu. Max nie zważa na fale, wrzuca drugi bieg, by skakać na każdej fali jak żaba. Łódka wali w taflę wody, a rozwścieczona fala wprost na nas.

Doznaję przemóżdzenia. W Australii w podobnych warunach o mało nie zjadłam własnych palcy ze strachu, a tu łapię sie na tym, że cholernie mi się podoba. Im wyższe wyskoki i więcej oceanu na paszczy tym lepiej. Nie wiem czy to zamknięcie mnie na trzy miesiące w domu przesunęło moją granicę strachu w zamian za przygodę. Nie rozumiem ale jestem szczęśliwa. Patrząc w prawo na Niedźwiedzia widzę, że on też się świetnie bawi. Może dlatego, że ja nie marudzę, a może też mu się bardzo podoba.

Wracamy o 3h wcześniej niż zakładał plan. I co my zrobimy z tak uroczo rozpoczętym popołudniem? Już niech mnie glowa o to nie boli, niech nie marzę o chwili odpoczynku. Na 15.00 Niedźwiedź zapisuje nas na wycieczkę: Fossil hunting with dog.

Punktualnie stawia się po nas dziewczyna i wywozi na czoło lodowca nad Longyearbyen. Wręcza po młotku, wypuszcza z auta niezauważonego dotąd psa Jessi i idziemy szukać dowodów na istnienie tu prehistorycznego lasu. Dodam, że Pani ma również strzelbę ale nie naładowaną. Twierdzi, że o zbliżającym się miśku ostrzeże nas pies. No nie wiem ale wymądrzać się nie będę, nie jestem w pracy 😉

Na pozostałości po lodowcu skamielin roślin jest jak grzybów po deszczu. Wciągamy się na całego. Czuję się jak archeolog na znalezisku. Prawie w każdym kamieniu tkwi prehistoryczny ślad. Okazuje się, że kamyczki można zabrać do domu. Wracamy z wypchanymi kieszeniam nie zważając na limit wagowy bagażu.

W przedostatni dzień czeka nas wyprawa na północ statkiem. Po wczorajszych wrażeniach niczego się nie obawiam.

Okazuje się, że kapitanem jest znany nam z wczoraj Max. Co za niespodzianka! Tym razem pierwszą klasą wybieramy się na północno wschodnią wysepkę Svalbardu. Mają być znów morsy.

Po drodze udaje się wypatrzeć wieloryba, niestety niezbyt długo daje się podziwiać.

Są i śmierdzace leniwe morsy.

W drugiej części dnia znów kajaki. Tym razem pogoda nie jest dla nas zbyt łaskawa. Pochmurne niebo i wiatr. Dla nas to jednak nowe doświadczenie, kajakować na niemałej fali.

W ostatni dzień mamy czas tylko na odwiedzenie dwóch muzeów. Pierwsze o wyprawach na Biegun.

Drugie to muzeum Svalbardu.

Niestety czas wracać choć ja jeszcze bym tu została.

Każdy z poznanych przewodników poleca przyjazd tu w zimie. Krajobraz zupełnie inny i mnóstwo aktywności w ofercie. Nie wiadomo jak najbliższy rok będzie wyglądać pod względem możliwość podróży więc nie wykluczamy powrotu, tym bardziej że nie udało nam się dotrzeć do Piramyden. To może i dobrze…