Czasy dla podróżników podłe. Przesuwamy swoje granice wytrzymałości. Jak narkoman na głodzie szukamy czegokolwiek, by tylko móc wyjechać i nieco zaspokoić potrzebę przygód i nieznanego.

Niedźwiedź ulega mojemu buczeniu i odpala stronę www. pod tytułem biuro podróży. Zostają nam tylko czartery, a żeby cenowo to przeżyć najlepiej wychodzi komplet, czyli przelot plus hotel.

Tydzień Niedźwiedź się łamie ale ostatecznie wciska enter. Lecimy z TUI na Maderę.

Oferta cenowa super, wylot z Wawy, tydzień zakwaterowania w naprawdę fajnym hotelu ze śniadaniem 1400 zł od osoby.

Nikt oczywiście nie mówi o plackowaniu przez 7 dni na hotelowym basenie. Jest bardzo ambitny plan. Niby mała wyspa, a jednak sporo opcji.

Na początek odkrywamy co to verada. Czeka nas 10 km trekking z Pico Areeiro na najwyższy szczyt Madery Pico Ruivo. Wygląda na normalny szlak, a nie jest. Poza wchodzeniem i schodzieniem ze szczytów czekają nas zupełnie długie tunele w skałach. Tak żeby ułatwić strudzonemu turyście drogę przekopano góry naprzestrzał więc dziś my przecinamy szczyty na wylot. Czołówka albo przynajmniej latarka w telefonie konieczna.

Z uwagi na fakt, że wczorajsza wędrówka pozostawiła microuszkodzenia w mięśniach nóg zwanymi popularnie zakwasami na dziś Przeganiacz Króliczy przewidział aktywność wodną. W miasteczku o aż 6 letniej historii Quinta do Lorde wyglądającym jak Amerykański outlet czeka nas 2,5 godz wycieczka kajakiem po oceanie, w tym przerwa na snorkling.

Powulkaniczne formacje skalne robią wrażenie. Do tego stado wielkich, kolorowych krabów daje nam się podziwiać.

Później lunch, obowiązkowe espresso w Caniçal i koniec litości nad uszatymi delikatnymi zwierzątkami. Czas ruszyć na trekking. Tym razem Verada da Ponta de São Lourenço czyli w sumie 7,2 km tam i z powrotem wschodni cypelek. Gdyby nie te widoki, i przerwa na pyszną tartę zrobiłabym scenę.

Kolejne dni nieco w deszczu mijają na tzw. levadach czyli na dreptaniu wzdłuż odkrytych sztucznych wodnych ciągów. Ongiś aby zapewnić plantacjom bananów i trzciny cukrowej dostęp do słodkiej wody, przywiezieni na wyspę niewolnicy wykuli w skałach ok 200 kanałów irygacyjnych, którymi do dziś spływa woda z gór do miasteczek. Ktoś jednak genialnie wydumał by stworzyć z tych 2,5 tysiąca kilometrów atrakcję turystyczną.

Dziś jest to świetnie przygotowany szlak, ukryty w gęstym, wściekle zielonym lesie. Nachylenie terenu niewielkie, węższe przejścia zabezpieczone barierkami więc spacer w takich okolicznościach będzie odpowiedni dla każdego. Do tego świeże powietrze i kojący szum wody.

Nam udaje się w czasie tygodniowego pobytu przeczłapać 4 takich levad, każda po ok 8 km w jedną stronę (niestety w większości trzeba wracać tą samą drogą). W sumie jednak jest ich aż 200! Przez tydzień czy dwa jest co robić.

My zachwycamy się roślinnością, marząc by mieć taką w ogrodzie.

Porośnięte paprociami i mchami ściany dotarły już do nas jako wystrój wnętrz ale to ich widok w naturalnymi środowisku jest arcydziełem przyrody.

Na Maderze w modzie są teleferiki czyli kolejki linowe. Czego tu się nie zrobi dla turystów…

Niezły ubaw mamy zjeżdżając Miradouro do Teleferico das Achadas da Cruz, niemalże pionowo z klifu do mikro wioski nad oceanem.

W zasadzie to skansnen, kiedyś uprawiano tu trzcinę cukrową. Dziś poza turystami pałętają się tylko koty i małe jaszczurki.

Z centrum Funchal natomiast jest długaśna kolejka linowa do jednego ogrodu botanicznego, a potem jeszcze druga do kolejnego.

Przed pandemią było tu prawie jak w kurorcie narciarskim. Wagonikiem na górę, a potem zjazd saniami (po asfalcie) w dół. Niedźwiedź daje mi odczuć swoje rozczarowanie dowiadując się, że nie zjedziemy pędem w saniokoszykach na łeb na szyję po mega stromej ulicy. Ah cóż za szkoda… (zostaje mi ujawnione gdy jasnym staje się na moje szczęście, że zjedziemy na dół normalnie wagonikiem, że zdarzały sie bardzo poważne wypadki na tych saniach).

Pomimo, że Madera to w zasadzie same góry i strome klify, po wyspie przemieszcza się bardzo dobrze. Tunel w skale jest tutaj absolutną normalnością. Levady w tunelach dla wody, verady w tunelach dla górzystów, zatem naturalnym są autostrady w tunelach dla kierowców. Zaciekawiona skalą tej infrastruktury znajduję taką informację w necie: na Maderze jest ponad 100 tuneli drogowych o łącznej długości 45 km, najdłuższy ma 3 km. Natomiast tunele w ciągu levad były drążone ręcznie mają z reguły około metra szerokości. Same lewady na Maderze mają około 2200 km długości, z czego tunele stanowią około 40 km.

Poza aktywnością dzienną, staramy się każdego wieczoru odwiedzić inną restaurację. Pomimo że to wyspiarze, nie serwują wyłącznie ryb i owoców morza. Mają tu świetne mięso (choćby w restauracji Kampo).

Niestety z powodu pandemi wiele restauracji i hoteli jest zamkniętych. A tam gdzie idziemy raczej świecą pustki. Ktoś by powiedział, że mieliśmy szczęście że nie było tłumów turystów ale nam jakoś żal i szkoda lokalsów. To wyspa utrzymująca się z turystki, a uslugi świadczy się na naprawdę wysokim poziomie i zapewnia wszelakie rozrywki.

Nawet najsłynniejszy mieszkaniec tej wyspy stworzył tu swoje muzeum by przeciągnąć swych fanów.

Jak zastanawiacie się co zrobić z niewykorzystanym urlopem, przyjedźcie tu. Jest bezpiecznie pod wzgledem wirusa, bez negatywnego testu przeprowadzanego na lotnisku i opłaconego przez rząd Portugalii nikt tu nie wjedzie. W wielu miejscach mierzona jest temperatura i bardzo restrykcyjnie przestrzegane są środki bezpieczenstwa.